My
Mroźny grudniowy poranek, jeden mail, tysiące przegadanych minut, wiele spacerów i wspólnych wycieczek sprawiło, że postanowiliśmy wyruszyć we wspólną podróż zwaną Małżeństwem.
Podroż ta trwa od sierpnia 2016 roku, mkniemy przez nasze życie wspaniałym pociągiem do którego w ekspresowym tempie - prawie poza peronem - dołączył jeszcze jeden najbardziej wyjątkowy pasażer -Staś.
Podroż ta trwa od sierpnia 2016 roku, mkniemy przez nasze życie wspaniałym pociągiem do którego w ekspresowym tempie - prawie poza peronem - dołączył jeszcze jeden najbardziej wyjątkowy pasażer -Staś.
Naszego ukochanego Synka przywitaliśmy szesnastego grudnia 2016 roku był ciepły, deszczowy sobotni wieczór, 350 dzień roku.
Słońce tego dnia wstało o godz. 7:37. Spędziliśmy ten dzień nieśpiesznie. Rankiem wpatrując się w bożonarodzeniowe drzewko z kubkiem w ręku zaplanowaliśmy dalszą część dnia, drobne zakupy, wspólny obiad. Tego dnia szefem kuchni był T., serwował barszcz czerwony produkcji Dany wraz z uszkami produkcji bliżej mi nieznanej miał to być przedsmak wigilijnej wieczerzy. Spakowaliśmy ostatnie świąteczne prezenty i czekaliśmy na wieczorne spotkanie w rodzinnym gronie.
Tego dnia słońce zaszło o godz. 15.26, a o 16.15 miało nastąpić jeszcze jedno niezwykłe wydarzenie KTG - to wyjątkowe badanie, byłam wzruszona, T., też miał lekko zaszklone oczy co starał się skrzętnie ukryć. Wtedy właśnie owego szesnastego popołudniu dało się słyszeć miarowe uderzenia małego serduszka. Po chwilach wzruszenia byłam jednak trochę smutna, że to jeszcze nie teraz nie dziś, że nie zobaczymy twarzyczki naszego ukochanego Synka.
Pojechaliśmy spokojnie do jednego z pobliskich sklepów nieopodal szpitala tym razem dało się usłyszeć splot głosek wydobywających się z moich ust., auć, auć, auć. Ja odporna na ból wymiękłam, wtedy jeszcze nie miałam pojęcia co wydarzy się za chwilę... dosłownie za chwilę...
Wróciliśmy do domu odkładając na moment spotkanie w rodzinnym gronie, wzięłam kąpiel, T., liczył skurcze, ale na jego twarzy wymalowało się lekkie niedowierzanie, że to dziś, zaraz, za chwilę...z charakterystycznym sobie stoickim spokojem, bo to człowiek, którego ciężko wyprowadzić z równowagi, chyba, że zrobi to mistrzyni czyli Ja., ów złoty człowiek otworzył napój chmielowy, podał mi i tak siedzieliśmy sobie rozmawiając. Zapadła decyzja jedziemy do szpitala, najwyżej wrócimy do domu.
Później wszystko potoczyło się bardzo szybko, nawet najszybszy pociąg świata tak nie mknie. Pamiętam migawki tej wycieczki moje granatowe New Balance, które dzielnie niosły mnie wprost na trakt porodowy, najdzielniejszego Tatę, który właśnie wtedy chyba czuł, że podroż wymyka się spod kontroli, do końca chyba nie świadom co go czeka za kilka chwil, miłe Panie, które w takiej podróży biorą udział codziennie i nie robi już na nich takiego wrażenia jak na nas. Nagle po kilku minutach o godz. 20.10 pociąg zatrzymał się na chwilę po to by mógł wsiąść do niego kolejny Pasażer.
Było najpiękniej, uśmiech nie schodził z naszych ust, tuliliśmy się wszyscy niedowierzając, że to już, że jesteśmy nareszcie wszyscy razem, że nastąpiło największe spełnienie. Po naszych radosnych twarzach płynęły łzy szczęścia, takiego którego nigdy wcześniej nie doświadczyliśmy.
I tak sobie podróżujemy od tego dnia we trójkę Staś, T. i Ja jest pięknie, radośnie, nieraz męcząco, czasami zaskakująco, ale cudownie, bo razem.
To tutaj będziemy wklejać najpiękniejsze momenty naszego życia, cudne chwile i wspaniały czas który wspólnie przeżywamy.


<3
OdpowiedzUsuń